Wyciągnąłem do dziewczyny rękę i pomogłem jej wstać.
- Dzięki.... - zaczerwieniła się na widok pewnej części odzieży leżącej na ziemi - uduszę go...! - wyszeptała, błyskawicznie zbierając bieliznę.
- To chyba twoje... - roześmiałem się, machając Mami przed oczami czarną podkolanówką z białą kokardką.
- Tak... - zabrała swoje rzeczy i w pośpiechu schowała na miejsce.
Mały rozbujnik został zamknięty w sporej klatce.
- Niesforna łobuziara. - malec patrzył żałośnie zza krat, jakby miał się za chwilę rozpłakać - Nawet nie próbuj...! - jęknęła błagalnie
- Nic jej nie będzie. - odciągnąłem Mami od klatki - Obie musicie się wzajemnie przyzwyczaić do nowej sytuacji. Potem będziesz mogła ją nauczyć dobrego zachowania. - powiedziałem przemądrzałym tonem.
- To może długo potrwać... - wyglądała równie żałośnie, co stworzonko w kaltce.
- Chyba mam pomysł. - mrugnąłem porozumiewawczo i podniosłem klatkę.
- Co robisz? - zapytała z lekkim niepokojem.
- Chodź przewietrzycie się obie.
Wyszliśmy razem przed dom, postawiłem klatkę na zieni i otworzyłem drzwiczki.
- Zrobi sobie krzywdę!
Złapałem dziewczynę za rękę, powstrzymując przed złapaniem gryfka. Tymczasem zwierzątko z zadowoleniem i głośnym świergotem wzbiło się w powietrze. Przyciągnąłem Mami do siebie.
- Nic jej nie będzie. - zadarliśmy oboje głowy do góry, obserwując podniebne wyczyny malca.
<Mami uważaj na pociski z nieba... ;)>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz