- Na pewno? - maluch popiskiwał. Musiał mieć niezły ubaw. Zawodził w powietrzu niczym mały samolocik, czy też latawiec. Unosił się leciutko.
- Myślałam, że jest cięższa... a w powietrzu unosi się jak latawiec... - mruknęłam sama do do siebie, ale Rain to usłyszał.
- Rzeczywiście, też się nad tym zastanawiałem... - powiedział na głos.
- Kiedy? - spojrzałam na niego nagle.
- W sklepie zoologicznym. - spojrzałam na niego z niedowierzaniem oraz z miną mówiącą mniej więcej : ,,Przecież tam nie szliśmy". On to zauważył.
- Wtedy co mnie tam wysłałaś.
- Kiedy?
- Przecież to było zaledwie dzisiaj!
- Aaa, już pamiętam.... - wymamrotałam pod nosem. Nagle coś usiadło mi na ramieniu i zatrzepotało skrzydłami. Drgnęłam. Przypomniałam sobie, że to gryf.
- Lubi cię. - zaśmiał się Rain i wtedy maluch wyjął mi z włosów liść. Spojrzałam na zegarek. Wskazywał 12:25.
- CHODŹ! ZA 15 MINUT KOŃCZY SIĘ UROCZYSTOŚĆ! DOSTANIE SIĘ NAM, ŻE UCIEKLIŚMY Z APELU! - wyrzuciłam jednym tchem. Wzięłam wielki haust powietrza. Chłopak ,,wrócił na ziemię" i pobiegł za mną do domu. Szybko dałam młodej trochę kurczaka i zamknęłam w klatce. Chwyciłam klucze. Chłopak był już gotowy. Pochwyciłam jeszcze torbę i wybiegłam z nim na zewnątrz. Zamknęłam drzwi.
- Na tym rowerze mogą jechać dwie osoby. - puściłam do niego oko. Jak jedna jedzie z tyłu, niestety nie na siedzeniu...
<Rain, jak nas wyciągniesz z tego?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz